Dwa wilki

Nie wiem znów czego mi trzeba.

Dziś wstałam z myślą, że znów zostałam sama, na własne życzenie. Że znów czuję się jakbym była ja kontra świat. Że czuję niepewność, lęk, roztrzęsienie. Samotność. I właśnie teraz mam ochotę zadzwonić do T. Powiedzieć mu, że go potrzebuję, że chcę tej naszej błogości i jego cudownie dojrzałego podejścia do świata.
Ale boję się to zrobić, boję się odezwać, bo boję się, że kiedy znów poczuję się pewnie, poczuję, że mam tę bliskość i spokój, zacznę pragnąć emocji. Ciężko żyć, kiedy wydaje się, że jest się samemu. Ciężkie są takie właśnie dni, kiedy ta perspektywa tak bardzo wbija się w serce, że aż boli. Ciężko mi być sobą, a raczej soboma. Nie jestem stała. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Boję się, że zawsze będę rozdarta między dwoma, wzajemnie się wykluczającymi. Czyli zawsze będę nieszczęśliwa, bo czegoś będzie mi brakować.
Gdybym przynajmniej miała pewność, że idąc w rozumowy związek, po jakimś czasie nauczę się stabilności, nauczę się prawidłowych wzorców zdrowej relacji… ale co jeśli nie? Co jeśli muszę najpierw poczuć te wszystkie dzikie emocje, żeby móc się ustabilizować? A co jeśli się od tego uzależnię i zacznie mnie to niszczyć? Co jeśli mnie to tylko jeszcze bardziej rozreguluje? Czasem otoczenie innych sprzyja, a czasem tak bardzo nie chcę nikogo, bo wiem, że nikt tak jak T. nie zna siebie, nie jest w taki cudowny sposób poukładany. Ale czy relacja oparta jedynie na poczuciu bliskości i bezpieczeństwa ma rację bytu? Na pewno u osób mało emocjonalnych, ale czy ci nad wyraz będą potrafili je zbić? Zmienić się, ale nie na siłę, a samoistnie? Czy to tak zadziała w moim przypadku? Boję się zrobić jakikolwiek krok, boję się tego co sama przed sobą skrywam.
Z drugiej strony… to wszystko opiera się o emocje. Bliskości, spokoju i błogości versus ekstazy, zauroczenia i motylków w brzuchu. Czasem niesamowicie mocno potrzebuję tych z jednego krańca kontinuum, chwilę później z drugiego. I nie wiem kim ja jestem w tym wszystkim, nie wiem co zrobić, żeby móc w końcu pewnie wiedzieć, w co chcę iść. Co jest dla mnie ważne. Bo oczywiście, że chciałabym stałości, bliskości i porozumienia dusz, ale i… początkowej dzikiej miłości, która by nas połączyła oksytocynowym więzem do końca życia. Chcę poznać kogoś dla kogo starcę głowę i kto straci ją dla mnie. Chcę dzikich emocji fazy zauroczenia. Chcę wspólnego zestarzenia się i przejścia z fazy emocjonalnej do fazy stałej, stabilnej i silnej. Chcę obu, tak trudno pojedynczo już dostępnych. Chyba chcę za dużo. Nie można mieć wszystkiego, ale… z którego z tych pragnień zrezygnować, żeby czuć się mniej na straconej pozycji…?

Ostatnimi dniami po prostu jest źle. T. mimo tego wszystkiego chce przy mnie być. Chce, bardziej niż ja, żebym walczyła. A mi przez to głupio, mam wyrzuty sumienia, że doceniam go tylko głową. Że nie pragnę go tak bardzo jakbym chciała. Że emocje ciągną mnie do tego, co czuję przy X., z kolei rozum od niego ucieka. Wiem, że przy X. nie będę szczęśliwa. Nie będzie stabilnie, nie będzie błogo i bezpiecznie. Czy chcę, naprawdę, poświęcić to wszystko dla emocji, które i tak kiedyś miną? O ile miną, o ile nie będzie mnie tak okręcać wokół palca, że wtedy w ogóle zatracę całą siebie. Jestem tak cholernie zła za te swoje potrzeby, za to, że nie potrafię chcieć T. tak cholernie mocno jak bym chciała….

Labirynty

Chwiejność mi ostatnio towarzyszy. Taka przewlekła, zimna, taka, że nie wiem do czego ja chcę dążyć. Nie znam swoich potrzeb, bo są skrajne. Trudno mówić tu o znaniu siebie. Chyba, że „ja” to twór nieokreślony, chcący zarazem jasności i mroku. Ale w takim razie to znanie jest złudne. Oczywiście, że każdy ma swoje lepsze i gorsze dni; momenty, w których chciałby rzucić wszystko i wyjechać gdzieś daleko… ale to zwykle mija, nie jest niczym branym na poważnie, a raczej odetchnięciem wymęczonej głowy.
U mnie, mam wrażenie, to przebiega inaczej, choć może (mam nadzieję) przesadzam. Ale nie znam siebie. Nie wiem kim jestem i po co tutaj istnieję. Czuję się taka rozbita, niejednorodna.
Myślę, że to przez emocje. Kiedyś nie było ich tak wiele. Paradoksalnie, mając 15 lat byłam, mam wrażenie, bardziej stabilna jeśli chodzi o pomysł na życie niż teraz. Mając pierwszego chłopaka..no właśnie, zanim zaczęliśmy być razem, byliśmy przez rok przyjaciółmi. Teraz? Wszystko to przyśpiesza, tak jakbym nie chciała, nie umiała czekać? I będąc z nim wiedziałam, że chcę spokoju, stałości i czułam w tym momencie, że to jest to. Po pierwszym ciosie, mam wrażenie, zaczęły mi się te emocje i potrzeby luzować, tak jakby, smagane batem, chciały spróbować czegoś, co do tej pory było niedostępne. Ze strachu przed ponownym zranieniem? A może to wszystko siedziało gdzieś głęboko we mnie i tylko czekało na coś, co je rozjuszy? Czy gdyby pierwszy związek nie był dla mnie taki destrukcyjny, nadal wiedziałabym i była pewna, czego chcę, czy jednak te wątpliwości przychodzą zawsze i były od zawsze wpisane we mnie? I musiały pojawić się prędzej czy później? Męczą mnie te ciągłe pytania krzątające się po mojej głowie. W psychologii mogę szukać powodów, ale nic nie jest zerojedynkowe, nic nie jest pewne. To zależy. Bo mogło wpłynąć, ale nie musiało. A może musiało, a może nie mogło; wiedza jest słodka i cudowna, ale tylko ścisła – choć tu też pojawiają się nowe fakty i cała dotychczasowa piramida wiedzy lega w gruzach; niemniej, jest w tym więcej porządku, niż w naukach o człowieku. O czymś, co istnieje, ale czego zupełnie nie widać.
Znów czuję się taka pełna napięcia, a jednocześnie pełna miłości do świata i takiej wrażliwości, która jest bardzo delikatna. Obecnie wystarczyłoby mi pójść do lasu, położyć się na łące, posłuchać śpiewu ptaków, mając przy sobie osobę, którą kocham.
I może te wszystkie chwiejności biorą się stąd, że intuicja próbuje mi powiedzieć, że obecna relacja to nie jest to? W podobny sposób czułam się kiedyś będąc w relacji, która nie miała prawa przetrwać. Wiedziałam to od samego początku, a jednak, powodowana strachem i niechęcią samotności, trwałam w niej. Może teraz jest podobnie? Nie tyle samotność, bo jej wizja nie napawa mnie już lękiem… chyba chodzi o to, że T. ma wiele zalet. Jest stabilny i wiem, że patrzymy na świat w podobny sposób. Ale emocjom chyba to nie wystarcza. Tak wiele mówię o stabilności, tak usilnie podkreślam, że chciałabym być z kimś takim, a kiedy się pojawia… nie czuję tego. Czy to znak, że po prostu nie pasujemy do siebie, ja i on, czy jednak, idąc dalej – organizm mówi mi, że najzwyczajniej w świecie nie nadaję się do zbudowania stałej relacji…? Walczę z tym, mając nadzieję, że emocje kiedyś odpuszczą, że docenię to jaki jest T., a z drugiej strony tak bardzo nie chcę go skrzywdzić, kiedy okaże się, że najzwyczajniej w świecie męczę się w tak stabilnej relacji…? I znów, czy wszystkie dotychczasowe niepowodzenia tak zakołysały tym, co, jak uważałam, zawsze było moim trzonem? Moim dążeniem do stabilności? Czy po prostu taka jestem? Umysłowo chciałabym tego zaznać, a emocje potrzebują huśtawek? I czy ta potrzeba kiedyś zniknie? Czuję się jak postawiona przed labiryntem; jest tyle dróg, ale nie mam pojęcia, którą wybrać, która zapędzi mnie w kozi róg, a która pozwoli wreszcie odetchnąć, przestać się bać…
I tak sobie myślę, cholera, co mam zrobić. Spotykać się z człowiekiem, który jest osobą bardzo samoświadomą, wiedzącą, czego chce, stabilną i stałą, ale nie czuć tego, czego tak usilnie szukam? Czy może muszę na własnej skórze poczuć, jak to jest z kimś, kto zapewnia emocjonalne sinusoidy, by zrozumieć i POCZUĆ, że to nie tego szukam…? T. sam mówi, że kiedyś szukał innych emocji; to chyba naturalne, choć nie jest czymś, co musi pojawić się w rozwoju każdego z nas. Może po prostu jest pewna grupa ludzi, która potrzebuje poczuć na własnej skórze, że huśtawka nie jest niczym dobrym, pożądanym?


Albo to kobiety zwykle tak mają, przez wzgląd na ich bardziej rozwiniętą emocjonalność. Swoją drogą, irytuje mnie to, że znów facetom wolno. Chodzi o to, że kobiety bywają naiwne, głupie, zbyt emocjonalne, idące za nimi, łudzące się, że „ja go naprawię”. Ale żadna z nas świadomie takiej drogi nie wybrała. Wynika to z naszej biologii, a więc, w pewnym sensie, jest poza naszym zasięgiem. I jest nam to wytykane. Tymczasem faceci też są nadwrażliwi, tyle że w inny, jeszcze bardziej pierwotny sposób. Faceci bardzo często są popychani instynktem. Tak jak kobiety są owijane wokół palca przez emocje, tak oni są przez swoje potrzeby seksualne. I to uważa się za coś OK, coś, co po prostu jest. A to także wynika z biologii, nawet tej jeszcze bardziej pierwotnej niż emocje. Dlaczego tak jest? Dlaczego faceta też nie określa się mianem naiwnego?

No i wracając do moich zawirowań… bywają dni, kiedy myślę sobie, że nie chcę nikogo; i to już nawet nie dlatego, że obawiam się, że ktoś mnie celowo skrzywdzi, ale przez sam fakt tego, że byłby to drugi człowiek. Ja sama mam przed sobą pewnie wiele nieodkrytych jeszcze tajemnic, a co dopiero wiązać się z drugą taką puszką Pandory. Siedzi w nas tyle i tak wiele ciągle się o sobie uczymy, że po prostu łapię się czasem na myśli, że ta druga osoba w toku życia może zmienić się tak bardzo, że jej nie poznam. Że nasze drogi się rozejdą. Mechanizmy obronne też robią swoje. Czasem sami siebie przekonujemy do pewnych rzeczy, nie chcąc się przed sobą przyznać, że jest inaczej. Bo boimy się nadszarpnięcia postrzegania samego siebie. Boimy się przyznać, że nie jesteśmy idealni, że w naszej głowie czasem pojawiają się dziwne pragnienia, emocje i myśli. W takim razie bycie z kimś, to chyba po prostu naiwna ułuda, że akurat nam jako parze uda się przez X lat iść w tę samą stronę. Czasem na przykład łapię się na myśli, że my, jako ludzie, lubimy piękno. Lubimy spojrzeć na kogoś, kto nam się podoba. I nie mam z tym problemu, bo wiem, że to niejako odruch, coś, co też pozostaje poza naszą świadomością. Spojrzenie to przecież nic złego i tyle.
A są dni, kiedy, uświadomiwszy to sobie, zaczynam się nakręcać, starać się wejść w głowę drugiej osoby i poznać jej myśli – czy poza patrzeniem nie poszła o krok dalej? A potem siadam i zaczynam czuć lęk na samą myśl, że w ogóle działamy w ten sposób. Zaczyna mnie to boleć i nachodzi myśl, że może się nie wiązać; może spotykać się z kim tylko chcę i kiedy chcę, wiedząc, że i tak nic nie jest stałe; że przynajmniej w ten sposób ani ja nie skrzywdzę nikogo, ani nikt mnie. Następnie nadchodzi kolejny dzień, kiedy budzę się ze świadomością, że nie, że ja chcę tej stałości. Chcę kogoś, komu będę mogła oddać i powierzyć całą siebie. I tak w kółko. Coś, czego się obawiam, jakiś czas później przestaje mnie lękać – ale nie na długo. Za jakiś czas wraca znów; kwestie, z którymi wydaję się być pogodzona, za jakiś czas znów uderzają i bolą. Pojawiają się myśli, że wystarczą mi przyjaciele i spełnianie się zawodowe, a za jakiś czas chcę zwinąć się w kulkę i po prostu mieć tę jedną ukochaną osobę – i nic innego się nie liczy. Nie wiem. Boję się sama siebie i boję się tego, co przyniesie przyszłość. Muszę nauczyć się sztuki wdzięczności i niewytykania sobie podjętych decyzji, bo mam tendencję do zastanawiania się wiecznie „a co gdybym wybrała coś innego?” Boję się zrobić jakikolwiek krok. Nie wiem, czy rozwijać się naukowo, artystycznie czy duchowo. Nie wiem nic i ta niewiedza mnie boli. Czuję lęk. Gdybym przynajmniej była ułożona, jednorodna, wiedziała, czego chcę… Albo przynajmniej gdyby była cholerna pewność, że praca nad emocjami cokolwiek da; że naprawdę, sama teoria pozwoli mi na zmianę. Czy to nie jest jednak tak, że musiałabym doświadczyć huśtawek, by wiedzieć, że tak naprawdę ich nie chcę? By to CZUĆ? Boję się, że zmarnuję swój czas w pogoni za próbą naprawienia siebie „na sucho”, że zmarnuję czas T., który wierzy, że uda mi się poukładać, a koniec końców i tak okaże się, że żeby docenić i faktycznie pragnąć stabilności muszę zetknąć się ze wszystkimi tymi skrajnymi emocjami. Nie wiem. Choć wiem, że gdybym miała spotykać się z człowiekiem dającym mi tak silne emocje, to i szłyby za tym pewnie te z drugiej strony – zawód, smutek, wieczne zastanawianie się gdzie jest, co robi, czy nie kłamie… Nie wiem, nic nie wiem. Na samą myśl już mam dość. Wiem, że chcę stałości, ale nie czuję, by tak było. I jestem zła sama na siebie. A czy takie tłumienie tych emocji też nie zadziała odwrotnie? Nie spowoduje jakichś zmian w organizmie? Nie rozsadzi mnie za jakiś czas od środka…?

Znowu na dole

Znów jest gorzej, choć nic takiego się nie dzieje. Przez chwilę byłam na siebie zła, bo jakaś część mnie chciałaby być wyprana z emocji; a przecież to normalne, czasem czuć smutek.
Więc przestałam się obwiniać i pozwoliłam sobie po prostu popłakać. Zbliżający się okres pewnie robi swoje. Nie będę udawać, że to nie jego wina, że panuję nad sobą – bo w tym momencie to hormony przejęły stery.

Niesamowicie potrzebuję z kimś dziś porozmawiać. Nie z byle kim, nawet nie z jakąkolwiek bliską mi osobą, a z TĄ osobą. Porozmawiać, usłyszeć i poczuć, że jest obok mnie. T. niby jest, ale tak jakby go nie było. Mam wrażenie, że od paru dni, może parunastu się psuje. Że on jakby…się znudził? Wkładał w naszą relację mniej czasu i zaangażowania? Jakby po prostu zobojętniał? Nie wiem. Czuję, że coś jest nie tak, ale nie wiem na ile to moja przeczulona intuicja, a na ile rzeczywiste zagrożenie. Niesamowicie mocno się boję, że po prostu znów nie posłucham intuicji, która mnie ostrzega. Już czuję, jak się dystansuję. Chciałabym zaufać, uwierzyć mu, że nic się nie dzieje, ale tak cholernie się boję, że to po prostu kolejna osoba, która zabawi się moim zaufaniem. Jestem mocno poharatana i szczerze, nie mam nawet jak pocieszyć się wspomnieniami. Każda moja relacja wiąże się z krzywdą, mniejszą bądź większą. Nie miałam jak nauczyć się zaufania i boję się, że nigdy już się go nie nauczę. Że przez to nie dam sobie przestrzeni na wejście w coś nowego, że ciągle będę miała z tyłu głowy, że ta druga osoba może być nie fair… A to tak strasznie męczące. Znów czuję się, jakbym przegrała. Przed chwilą, rozmawiając z T., mimo zapewnień, że wszystko jest okej, nie czułam tego. Przez co znów wydaje mi się, jakbym była ja kontra świat. Bez sensu, że kiedy wchodzę w nową relację, znów zatraca się moja autonomia. Znów staję się bezbronna i znów tak łatwo ginie w tym moje ja.

Czasem, w dni takie jak ten, w dni pełne niepewności łapię się na tym, że chciałabym, żeby okazało się, że T. nie jest ze mną szczery. Nie wiem, czy można nazwać to marzeniem, ale mam takie pragnienie, że w końcu ta moja tępa naiwność i ogromna potrzeba ulokowania w kimś uczuć zniknie. Że po którymś z kolei nożu w plecy po prostu zamarznę. Nie chciałabym nie czuć emocji, ale chyba wolałabym, żeby otwieranie się zajmowało mi duuuuużo dłużej. Trudniej wtedy byłoby mnie zranić. I chciałabym wtedy odezwać się do Pana X. Powiedzieć mu, że nie obchodzi mnie co i z kim robi, że nie chcę żadnych obietnic, że chcę po prostu raz na jakiś czas spędzać z nim dnie i noce. Dla emocji, tyle że, jeśli byłyby one zamrożone… to czy czułabym cokolwiek? Czy byłabym w tym wszystkim ja?

Gubię się, znów. Nie wiem kim jestem i nie wiem czego mi trzeba. Cyklicznie pojawia się lęk, obawy, które chyba są wpisane w moją tożsamość. Chyba powinnam w końcu nauczyć się z tym żyć. Ale czy w ogóle da się stworzyć zdrowy związek z osobą tak lękliwą jak ja? Czy kiedykolwiek uda mi się zaufać? Nie chcę żyć w relacji, w której ciągle będę miała z tyłu głowy obawy, nie chcę, żeby były one składową mojej osobowości, a z drugiej strony, tak strasznie się boję, że nie ma innego wyjścia. Że lęk będzie towarzyszyć mi po grób.

A z drugiej strony, może to ta moja stałość, której tak pragnę? Lęk, który chce ze mną zostać mimo tego, jak uparcie próbuję go pokonać? Może to z nim powinnam się w końcu zaprzyjaźnić, oswoić w sobie i pozwolić sobie na jego odczuwanie? Nic już nie wiem, jestem po prostu zmęczona. Wiem, że jutro pewnie będzie lepiej, ale męczą mnie te gorsze dni. Te zlęknione i pełne łez myśli i obawy. Chciałabym choć raz tego nie czuć. Choć raz poznać kogoś, kto pokaże mi jak wygląda zdrowa relacja.
Choć…może to mam, ale znów, lęki nie dają o sobie zapomnieć, niszcząc całą magię?
Nie wiem, nic już nie wiem. Głowa mi pęka i mam dość. Za dużo analizy, za dużo możliwości, za dużo wszystkiego, a za mało niczego. Odpoczynku i spokoju ducha. Tak. Tego mi trzeba. Przestać. W. Końcu. Tyle. Myśleć.
Choć na jeden dzień…

MOŻLIWE

Pan X. Znów się pojawił, tym razem po 5ciu miesiącach milczenia.
Poprosiłam go o rozmowę – ku mojemu zdziwieniu się zgodził. Gdyby dbał tylko o swoje, pewnie by tego nie zrobił. Zapytałam go o to wszystko, o co chciałam już przez długi czas. Czy to coś zmieniło? Niespecjalnie. Nie dowiedziałam się raczej niczego nowego.
Przyznał, że lubi ze mną rozmawiać. A więc nie do końca zrobił to dla mnie.
Przyznał, że gdybyśmy się spotkali, i ja i on byśmy się zaangażowali. A on nie może sobie na to pozwolić ze względu na czas.
Ruszyło to moje emocje, bo dostałam komunikat, że hej, może gdybyś była cierpliwa…?
Stop.
Stop, do cholery, pomyślałam.
Ja wiem, czemu on się zbliżył. Bo ja się odsunęłam. Gdybym dała mu to czego chce, znów by pewnie zniknął. I ta świadomość mnie jakby uderzyła. Poczułam, że to nie jest coś, czego chcę. Gonienie za czymś, co może być, o ile się zaangażuję, o ile dam z siebie trochę cierpliwości…Nie. Mogłoby być tak, że on faktycznie jest taki za jakiego się podaje. Że faktycznie chciałby się zaangażować. Że może by nam wyszło. Ale wiem, co mi pokazał, że jest nieobliczalny. Że jest popierzony. A ja nie mam sił, by się z tym zmagać, by znów próbować go leczyć. Muszę pomyśleć o sobie.
Mogło być tak, że w pewnym okresie życia potrzebował emocji, związku, stałości. Może i by nam wtedy wyszło. Teraz żyje w zupełnie inny sposób, w każdym mieście, w którym bywa, czekają na niego używki i kochanki, a whisky towarzyszy mu co noc. Ucieka, choć tego nie przyznaje. Ale właśnie tu jest klucz – jeśli on sam nie uzna, że chce podjąć ryzyko, że chce się ustatkować, to nic się nie zmieni. Ja nie będę kimś, kto go uleczy, kto mu pokaże, że można inaczej. On się po prostu do tego nie nadaje. A że za jakiś czas mógłby, MOŻE – co z tego? To wszystko to gdybanie. Nie chcę narażać obecnej, zdrowej i pięknej relacji na coś, co MOŻE być, na kogoś, kto ucieka od emocji. Kiedyś chciałabym pokazać mu, że można inaczej, że mi może zaufać, teraz wiem, że gdybym znów się zbliżyła, on się oddali – okalając to oczywiście jakimiś ckliwymi historiami. Ja nie przeczę, że ktoś kiedyś mógł go porysować. Ale ukrywanie się za tym, strach przed zmierzeniem się ze swoimi demonami to nie jest wyjście. Ja go nie poukładam, nie mam na to ochoty i sił. Jego zbliżenie się nie spowodowało, że i ja się zbliżyłam – wręcz przeciwnie, mnie to odpycha, bo wiem, że to jest jak yin i yang – nie możemy oboje być blisko. Działamy na siebie jak magnesy. A ja nie chcę już za nim biegać. Poza tym w jego historii jest zbyt wiele nieścisłości – jasne, znów MOŻLIWE, że trafiłam na tak dziwną osobowość, że jego życie przypomina scenariusz dobrego filmu sensacyjnego. Może. Nie wiem. Więc znów zostaje mi tylko to, jak się zachowuje.
A zachowuje się tak, że znika. Mówi, że nie ma czasu, a to wynika z jego priorytetów. Okej, rozumiem. Ale mi to nie odpowiada. Zachowuje się tak, że ma wiele cech, które na dłuższą metę by mnie zniechęciły. Zachowuje się tak, że traktuje seks na równi z potrzebą zaspokajania głodu. Nie chciałabym wiecznie martwić się, czy jego ciepłe i pełne zapewnień słowa znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Zachowuje się tak, że znika na całe miesiące. Że nie mówi praktycznie nic o sobie. Że nie ufa, że nie chce o sobie opowiadać, bo rzekomo to boli. Więc ucieka. Ma wiele, cholernie wiele rys – MOŻLIWE, że rzeczywistych, ale MOŻLIWE, że zmyślonych. Tu nie ma nic pewnego. A ja pierwszy raz poczułam, że nie chcę borykać się z tym MOŻLIWE. Nie chcę. I to jest moja mała wielka wygrana.

Złożoność

Dawno mnie tu nie było. Bardzo dawno. I wiele się zmieniło.
Nauczyłam się lubić siebie. Do miłości jeszcze długa droga, ale wiem, że podążam tą właściwą, choć pewnie jeszcze nieraz zboczę.
Od dziecka jestem osobą raczej lękliwą. Mało pewną siebie i bardzo potrzebującą akceptacji i bliskości, której w przedszkolu i podstawówce szukałam wśród koleżanek. Byłam zaborcza i zazdrosna, jeśli spędzały czas z innymi dziewczynkami, zamiast ze mną. W końcu doszłam do wniosku, że żadna z koleżanek nigdy nie będzie w pełni moja. A facet już tak, przez co bardzo wcześnie, bo w wieku 14 lat zaczęłam szukać miłości. Przez to trafiałam na nieodpowiednie osoby, z którymi wiązałam się tylko ze względu na strach przed samotnością. Nawet jeśli nie do końca coś mi w nich odpowiadało, nie umiałam być sama. Pakowałam się z relacji w relację, licząc, że ktoś wreszcie zapełni tę pustkę. Dopiero we wrześniu 2020 nauczyłam się sama ją zapełniać. Nauczyłam się, że nie ważne ile dam od siebie, nigdy druga strona nie zapełni wewnętrznej pustki, bo to jestem w stanie zrobić tylko ja. I po ostatnim związku, który zakończył się końcem sierpnia wszystko się zmieniło. Dopiero wtedy wieczorami potrafiłam siedzieć sama. Potrafiłam skupić się na sobie, nie czując, że brak faceta = pustka. Nie wiem, na ile to byłaby trwała zmiana, gdyby nie obecna sytuacja i powrót do domu rodzinnego, bo to też daje mi jednak spokój. Dobrze się tu czuję. Choć zawsze, mimo obecności rodziny, potrzebowałam JEGO. Więc to chyba trwała, wewnętrzna zmiana. Taką przynajmniej mam nadzieję. Pierwszy raz nie czułam potrzeby wiązana się, wręcz przeciwnie, chciałam nacieszyć się samotnością i samą sobą, tą wersją, którą wreszcie udało mi się polubić. Poznawałam facetów, ale na spokojnie, bez tendencji do szybkiego wiązania się. Moja potrzeba miłości i dawania jej, ta dzika i szaleńcza, zmalała. I poznałam T, pod koniec grudnia, przypadkiem. I nadal się poznajemy. Błogość i porozumienie, jakie z nim odczuwam, są kosmiczne. I mnie i jego boli dzisiejszy świat. I ja i On mamy za sobą ciężkie doświadczenia, choć on nieporównywalnie gorsze z moimi. Ale wie, czego chce. Jest stabilny i poradził sobie z demonami. Ja jestem na tej drodze. I mam nadzieję, graniczącą z pewnością, że On chce być przy mnie mimo wszystko. „Nie spierdol tego”, w połączeniu z widokiem jego przeszklonych oczu , łamiącego się głosu, strachu i smutku na twarzy. On wie o Panu X. Ze smutkiem w głosie powiedział, że wie, że kobiety coś do takich ciągnie. Że on sam, dając od siebie wszystko co najlepsze i tak ma wrażenie, że serce kobiety rwie do dupków. Ciężko było tego słuchać, bo to prawda. Źle mi i niedobrze, choć wiem, że Pana X. już nie chcę. Głową, a serce się tego uczy. Ciężko świadomie wpłynąć na podświadomość, choć terapia trwa już miesiącami. Ale jest coraz lepiej, łatwiej, spójniej.
Nie lubię za to kobiet. W tym oczywiście siebie. Za tę chorą naiwność, że TEN typ jest skłonny do zmian. Nie uważam, że żadnej się to nie udało, ale to chyba graniczy z cudem. Nie lubię generalizowania. Bardzo nie lubię. Każdy przypadek jest inny, ale myślę, że kluczem są dwie rzeczy: chęć zmiany ze strony faceta i siła wewnętrzna, żeby tego dokonać.
Myśli mi latają, skaczą z tematu na temat. Wiem, jak rozwój człowieka jest cholernie złożony. Więc czy można obwiniać kogokolwiek za to, że środowisko, doświadczenia czy/i geny spowodowały, że brak w nim wyrzutów sumienia? Nie wydaje mi się. Czy można wymagać zmian i szczerej chęci do nich od osoby, która nie ma wewnątrz siebie takich zasobów, pozwalających ich dokonać? Nie wydaje mi się. Wiem jednak, że niezależnie od emocji i tego, jak bardzo zdolni czy niezdolni jesteśmy do czynienia zła i dobra, każdy z nas ma rozum. I tu jest klucz.
Ja postanowiłam, używając właśnie jego, że koniec z Panem X. Jego powroty są dla mnie jak zastrzyk heroiny dla uzależnionego. Magia. Ale potem wraca smutna rzeczywistość. Emocje w stosunku do niego nie opadają, bo on skutecznie o to dba: znikając, wracając raz na kilka miesięcy i mącąc. I właśnie dlatego nie mogę się ich łapać. Są we mnie, ale nie są mną.
Weźmy na widelec faceta niezdolnego do miłości, bawiącego się kobietami. Emocje nie pozwalają mu stworzyć trwałej relacji, nie jest do niej stworzony, a raczej – nie został odpowiednio w ciągu życia ukształtowany. Zostaje mu jedynie korygowanie tego rozumem. A on, z racji na to, że w porównaniu do starczych emocji i popędów dopiero raczkuje, gówno może. Nie zmieni silnie zakorzenionych reakcji. A chęć zmiany? To też coś, co musi w człowieku być albo zaistnieć. Ale czy zawsze może się pojawić? Czy refleksja nad zmianą dotyka wszystkich?
Właśnie przez wzgląd na tę wieloznaczeniowość nie ma we mnie gniewu i pogardy. Ja ludziom, w tym sobie, współczuję. Nie uważam oczywiście, że „taki jestem, bo…” to dobre wytłumaczenie. Każdy powinien nad sobą pracować, stawać się coraz lepszym człowiekiem.
Nie wiem, czy X. faktycznie został tak bardzo skrzywdzony, że stał się egoistą, czy po prostu z taką łatwością przychodzi mu kłamać. Nie wiem. I nigdy się najprawdopodobniej tego nie dowiem. I mogę tak siedzieć, zastanawiać się, liczyć na to, że zechce powiedzieć mi prawdę, patrząc, jak życie ucieka mi przez palce. Ale czy on jest na tyle samoświadomy, że tę prawdę zna? Jest w nas tyle sprzeczności, tyle ukrytych pragnień. Tyle kwestii, które ukrywamy przed samym sobą. Tyle pojawiających się i znikających emocji, uczuć i stanów, że jesteśmy zmęczeni. Jedni uciekają, inni się w nich zatracają. I właśnie przez to, że nie mamy wpływu na to, co się w nas pojawia, powinniśmy zacząć podchodzić bardziej rozumowo. Jasne, że emocje dają nam ważne sygnały, czasem ostrzegają, a czasem dają do zrozumienia, co jest ważne. Jednak, jeśli moje emocje uważają i chcą niestabilności i tajemnicy, czy to oznacza, że jedyną drogą jest pójście za nimi…? Mam wiele pewności co do tego, że gdyby dane było mi te trzy lata temu poznać X., zobaczyć go i zbudować coś trwałego, to emocje po jakimś czasie by opadły. Nie da się żyć na wiecznym emocjonalnym haju, to normalne. I wiem, że wtedy rozum powiedziałby „a nie mówiłem?”. Praca nad sobą może i wydaje się syzyfowa, ale to tylko kolejny wytwór emocji, które nie chcą i nie lubią zmian. Da się, ale trzeba do tego wiele siły, samozaparcia i – przynajmniej na początku – zmuszania się.

Czytałam ostatnio na temat hypnoterapii. Podoba mi się. Praca nad podświadomością, w porównaniu do pracy nad świadomością w tradycyjnej terapii wydaje mi się kluczem. Jest wtedy na pewno łatwiej, co też potwierdzają badania. Zastanawiam się, dlaczego w naszym kraju nie jest to zbyt rozpowszechniona metoda. A ja chcę nad sobą pracować. Chcę spowodować, by emocje przestały ciągnąć do rzeczy mających destrukcyjny potencjał. Chcę być stabilna, chcę cieszyć się z małych rzeczy i budować z T. cudowną przyszłość. Dobrze mi przy nim, naprawdę. Walka z demonami trwa.

Przepraszam za chaos, musiałam się oczyścić. Ściskam Was i Wasze demony. Trzymam kciuki.

Początki

X.?
Coraz częściej jest spokojnie. Mogę wręcz rzecz, że bardzo rzadko rozpieprzasz mi głowę, rozsadzasz emocjonalnie. Nawet nie słucham ich piosenek, tych, które mi śpiewałeś; tylko dziś niestety trochę poległam. Na 55 utworów możliwych do wylosowania włączyła się akurat ta. Trochę ścisnęło mnie w sercu, wiesz? Pamiętam, jak trzy lata temu słuchałam jej w kółko, zalewając się łzami na myśl o tym, jaki Ty jesteś biedny i skrzywdzony. Kurwa, nawet łapałam się myśli, że chciałabym spotkać się z Tobą choćby na jedną noc. I zajść w ciążę. Ja, osoba, która nie planuje mieć dzieci, na pewno nie biologicznych, chciałabym zajść w ciążę z kimś, kogo nie znam. Wiesz dlaczego? Bo przynajmniej zostałby mi po Tobie nasz syn. Osoba, która nosi w sobie moje jak i Twoje geny. Oczywiście w wyobrażeniach był to syn, nie córka. Wiesz dlaczego? Bo gdyby dorósł, byłby taki jak Ty. Tak właśnie bym go wychowała. Dobry dla ludzi, pomocny, altruista. Chciałabym jednak zapełnić Twoje braki, sprawić, by nie bał się mówić o emocjach, okazywać czasem słabości, chciałabym, żeby nie musiał sztucznie udawać samca alfa, jakiego zdefiniowało sobie społeczeństwo. I oczywiście wyglądałby jak Ty: błękitne oczy bez dna, zarysowana szczęka, lekko umięśnione ciało, silne dłonie, blond włosy. Głos taki, że mógłby działać jak lekarstwo na receptę, lekko przesunięta lewa strona żuchwy. Wiem, że rany nie są dziedziczne, ale w wyobrażeniach wszystko jest możliwe, nie? Tak jak i to, że Ciebie, X., zbudowałam sobie tak jak mi się podobało. Byłeś tak bardzo skrzywdzony, nie? Emocjonalnie, bo przecież zawsze dawałeś z siebie wszystko, a ludzie to wykorzystywali. A może po prostu byłeś emocjonalnie niedojrzały i to Cię zniszczyło. Opowiedziałeś mi tyle ze swojego życia, że śmiało na tej podstawie mogłabym za Ciebie wyjść. W ciemno. Szkoda tylko, że w to wszystko uwierzyłam, zamiatając pod dywan wszystkie niewygodne fakty, usprawiedliwiając Cię i chcąc widzieć tylko w dobrym świetle. Szkoda, że dałam się w całości pochłonąć temu wyobrażeniu; szkoda, że się w nim zauroczyłam. Chyba gdzieś tam głęboko w sercu marzę o tak płomiennym uczuciu. Więc stworzyłam sobie obiekt, który mogłam nim obdarzyć. Bezpieczny, bo odległy, nie do zweryfikowania, a ja ze względu na swoją melancholijną osobowość lubię zatracać się w takich stanach. Jezu, jak ja Cię żałowałam, jak ja uwielbiałam tę Twoją wrażliwość. Tyle opowiadałeś mi o tym, jak bardzo nie chcesz stoczyć się jak większość kolegów po fachu, jak bardzo chcesz pomagać. Teraz zastanawiam się, czy sam w to wszystko wierzyłeś, X. Czy wierzyłeś w to tak mocno jak ja w to, że mogłabym mieć z Tobą dziecko, nawet gdyby Ciebie miało nie być w moim życiu. Jak w to, że byłby taki jak Ty. Kolejne wyobrażenie rzucone na pożarcie w paszczę marzeń; to wszystko było takie piękne tylko w nich. Emocje kazały mi wierzyć, że byłby jak tata, że poradziłabym sobie z wychowaniem, a on byłby dobrym człowiekiem, tak jakby nie było innych czynników, które na to wpływają. Kazały wierzyć, że wyglądałby tak jak Ty, tylko po to, żeby patrząc na jego altruistyczne czyny móc wspominać Ciebie, tego ze snów. Móc podsycać głupie nadzieje, że ma to po Tobie, że taki właśnie byłeś. A nawet gdyby jakimś cudem się to udało, to przecież wychowanie nie składa się tylko (zwłaszcza!) z pięknych chwil. Byłoby mnóstwo łez, trudu i złości. Marzenia to umiejętnie odcinają, na Twoją korzyść. Ale ja nie wiem jaki jesteś, spodziewam się. Możesz być chory, możesz być narkomanem, a możesz najzwyczajniej w świecie być wyzutym z emocji, egoistycznym mitomanem. I wiesz co? Nieważne, która z tych trzech opcji jest prawdziwa, X. Współczuję Ci, tak po prostu, tak po ludzku, jak wszystkim złym tego świata. Bo ktoś ewidentnie zawiódł w Twoim życiu. Rodzice, szkoła, religia; złe wybory, złe towarzystwo, zła budowa mózgu. Nie wiem kto, nie wiem czym, nie wiem na którym etapie. Wiem jedynie, że nie ma ludzi złych. Ludzie dzielą się na tych z dobrym i złym początkiem.

Kropla

Friends with benefits. Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałabym, że to zupełnie nie dla mnie. Ale jestem chyba już zmęczona. Zmęczona tą usilną potrzebą posiadania kogoś wyłącznie dla siebie, kochania i bycia kochaną. Troski pomieszanej z zazdrością, spokoju pomieszanego z lękiem. Nie nadaję się w obecnym stanie do stworzenia zdrowej relacji. Musiałam wejść w parę, żeby w końcu to zrozumieć. I zmieniły się moje potrzeby. Nie czuję już usilnej chęci znalezienia sobie kogoś, kto zapełni samotność, bo takie wieczory nie zdarzają się często. Już nie. Zmieniłam się i niesamowicie mnie to cieszy. Wiem, że nie zwiążę się z kimś tylko po to, by nie czuć, że jestem sama. Najwidoczniej musiałam poczuć jak toksyczna zazdrość wygląda z tej drugiej strony. I chyba się przeraziłam. I chyba tak bardzo mnie to zszokowało, że priorytety mi się zmieniły.
Poza tym, spotkanie z Gratem trochę mi pozmieniało spojrzenie. Bo po powrocie do domu czułam się znów tak bardzo samotna, tak bardzo zagubiona, nie umiałam znaleźć sobie miejsca. Trwało to parę dni. Kilkadziesiąt godzin czucia tego cholernego strachu, pustki, czucia się jak dziecko, samotne i zagubione. I chyba się wystraszyłam uczuć. Boję się, że jeśli znów się zauroczę, to znów stanę się taka bezsilna. Nie chcę tego. Z Gratem kontakt nam trochę osłabł na parę tygodni, jednak wczoraj znów rozmawialiśmy. Padł temat budowania czegoś więcej, z jego strony. O ile kilka tygodni wcześniej też o tym myślałam, o tyle teraz… Jestem po prostu zmęczona. Nie chcę. Wyobrażam sobie te wszystkie miesiące jeżdżenia do siebie, poznawania, a potem etap wspólnego mieszkania, gdzie ludzie tak naprawdę poznają się na nowo. Myślę sobie o tym i czuję zmęczenie. Nie wiem, czy to przez ten strach przed tym wszystkim co czuję, kiedy jestem zauroczona, czy to po prostu nieodpowiedni człowiek, ale cieszy mnie to podejście. Nie czuję już potrzeby pakować się w związki tylko dlatego, żeby nie czuć samotności. Mój mały sukces. Po prostu jej nie odczuwam, nie tak często i na pewno nie w takim stopniu jak kiedyś. Wreszcie mogę skupić się na sobie, na swoich pasjach. Choć są momenty trudniejsze, takie jak na przykład dziś. Myślę, że to dlatego, że ostatnie parę dni było dziwnych. Trudnych. Sama nie wiem.
Niby wszystko jest w porządku, ale chyba po prostu zaskoczyły mnie ostatnie dni. Najpierw ze strony znajomego, dość dobrego, z którym kiedyś chcieliśmy zbudować coś więcej, padła propozycja zbliżenia się do siebie. Uznał, że chciałby dawać mi trochę więcej ciepła, znów się zbliżyć, jak kiedyś, wiedzieć o wszystkich moich rozterkach. W rozmowę zakradł się też temat seksu bez zobowiązań, skoro oboje jesteśmy sami, a i oboje na siebie działamy. I chyba poirytowałam się sama sobą, znów. Bo niby wiem, że to osoba zupełnie ode mnie różna. I to w kwestii zapotrzebowania emocjonalnego. Wiem, że to fundamentalne. Ale pojawiła się u mnie jakaś taka iskierka nadziei, podsycona jego słowami, że sam na przestrzeni ostatnich miesięcy odkrył, że jednak brak mu emocjonalności. Iskierka w rodzaju „a może by nam wyszło?” Oczywiście nie na teraz, nie na już. Ale idąc głębiej odkryłam, że to też wymagałoby miesięcy poznawania się. Jeżdżenia do siebie. Uznałam, że sam seks w naszym wypadku się nie uda, bo któreś będzie cierpieć. Z resztą, przyznał mi się do tego, że jakieś resztki uczuć do mnie nadal w nim tkwią. Idąc dalej, okej, pociąga mnie, ale nie czuję potrzeby posiadania seks-przyjaciela. Często czułość wchodziła w moje relacje już na początku, ale zawsze wymagało to poczucia bezpieczeństwa, zaufania i całej gamy innych emocji. I zawsze te relacje miały iść w stronę związku. Sam seks? Jeśli komuś odpowiada, to super. Czy mi by odpowiadał? Wątpię. I nie czuję potrzeby tych wątpliwości weryfikować. Zawsze towarzyszą temu te przeklęte emocje. Z drugiej strony ten Grat; frustruje mnie chyba niewiedza na temat tego co będzie, jak nic innego. Nie mam pewności, że nie zakochałabym się w którymś z nich, gdybyśmy spróbowali, ale za bardzo boję się skutków ubocznych. Poza tym, nie wydaje mi się, żeby ta moja potrzeba kontroli i obłapiania tej drugiej osoby osłabła. Nie czuję po prostu sił na związek, jednak gdybym już zdecydowała się z kimś coś budować, to na pewno nie na spokojnie, nie umiem tak. Wiele muszę się jeszcze nauczyć, wiele w sobie zmienić. Po prostu chyba zirytował mnie fakt, że są dwie osoby, które chciałyby coś ze mną stworzyć, a ja czuję się tak bardzo niepoukładana, tak bardzo niegotowa. I chyba jestem zła, że potencjalnie dobre relacje znów mi umykają, A z drugiej strony, nie wiem jak by one wyglądały, może właśnie w tym moja siła, że stałam się bardziej rozważna? Tylko naprawdę nie rozumiem skąd to rozbicie, skąd ten stan.
Z kolei jestem też wdzięczna Filozofowi. Porozmawiał ze mną dość długo, o panu X. między innymi. Nie powiedział mi nic, czego bym nie wiedziała, ale sposób, w jaki to przekazał spowodował, że naprawdę poczułam siłę. Poczułam, że faktycznie mogę sobie z tą obsesją poradzić. Co prawda i dziś i wczoraj (winą obarczam też te wyznania znajomych!) przy słuchaniu jego ulubionego zespołu znów złapałam się nad tym, że sama myśl o nim mnie rozczula. Aczkolwiek coś już zaskakuje. Powoli, ale jednak. Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym spadaniem, prawda? I tę osobowościową, nadmiernie emocjonalną skałę też w końcu cudnie wyrzeźbię. Muszę tylko uzbroić się w cierpliwość.

Ćma

Zerwanie, powrót Pana X. Wszystko to mi trochę namieszało. Ale i paradoksalnie poczułam się silniejsza. Przez to pierwsze, bo udało mi się postawić granice. Przez to drugie, bo… potrafię bez niego? Ale co to za funkcjonowanie, skoro mam w głowie, że za parę tygodni wróci. Mimo wszystko, obłęd gdzieś zniknął, bo uświadomił mi, że nie jest już biednym, zagubionym chłopcem, potrzebującym pomocy. I najprawdopodobniej nigdy nim nie był. Albo był i jest, ale tak dobrze gra. Nie wiem. Nie dowiem się tego, dla własnego dobra wolę wierzyć, że po prostu się mną zabawił.
W tym głupim letargu, w oczekiwaniu na sama nie wiem co, poznawałam mężczyzn – pisałam, rozmawiałam przez telefon. Zauważyłam, że nie szukam już byle kogo, na siłę, byleby zapełnić poczucie bliskości. Z jednej strony się cieszyłam, a z drugiej pojawiła się obawa, że może w końcu nadszedł TEN czas, czas kiedy mi się udało stanąć na nogi, ale kosztem tego, że nie będę potrafiła się zbliżyć. Że może na upragniona blokada w końcu zadziałała, że trudno będzie teraz komukolwiek mnie sobą zauroczyć.
I chuj, jak zawsze. Ja sobie mogę gdybać, starać się tłumaczyć swoje zachowania, a to wszystko i tak okazuje się nietrafione. Okej, może i stałam się mniej kochliwa, ale na pewno nie aż tak rozsądna, jak się łudziłam. Z resztą, jak miałoby to wyglądać, nagle rozum wyparłby emocje, które od tak dawna mną sterują, bo jeden facet mnie zwyzywał? Głupie to i naiwne. Poznałam Grata. Tak będę go roboczo nazywać, lekko prześmiewczo, ale na pewno nie pogardliwie. Uroczy i zarazem pociągający; mieliśmy krótką przerwę w znajomości, bo Pan X., bo odległość – ale jednak znów rozmowy wróciły. Oboje na siebie działaliśmy. Oboje chcieliśmy się zobaczyć, żeby zweryfikować. Spytałam co jeśli okaże się, że w rzeczywistości jest równie dobrze. Nie wiedział co odpowiedzieć.
I było dobrze. Będąc obok poczułam się zaopiekowana, potrzebna. Gładziłam go po brzuchu i włosach, przytulaliśmy się. Czułość, emocje, rozmowa. Cielesności też nie brakowało, ale nie o nią tutaj chodzi. Wróciłam do siebie, nie umiałam znaleźć sobie miejsca. Z jednej strony chciałam przeczytać „to się nie uda na odległość”, a z drugiej tak bardzo chciałam spróbować. Znamy się niedługo, więc najpierw trzeba byłoby mnóstwa spotkań, żeby się w ogóle poznać. I ja WIEM, że na dłuższą metę by to nie wyszło, wiem, że rozjeżdżają się nam potrzeby i charaktery, wiem, że moja zazdrość nie pozwoli stworzyć zdrowej relacji, ale… chcę go. Kiedy napisał mi, że nie da rady na odległość, poczułam się znów psuta. I trochę spanikowałam, bo już dawno się tak nie czułam. Przecież było lepiej, było stabilniej, a okazuje się, że wystarczy odrobina bliskości, a ja znów resetuję się do ustawień fabrycznych. Nie chcę się poznawać, skoro ma to tak wyglądać. Nie chcę. Marzę o tym, że X. wraca, odpowiada mi szczerze, a ja dzięki temu modyfikuję sobie w głowie jego obraz. I mogę ruszyć dalej, w stuprocentowej pewności, że zrobiłam dobrze. Że on w rzeczywistości różni się od tego, do którego mnie przyzwyczaił. Chcę, żeby mi siebie obrzydził.

Wszystko naraz

Jak zawsze. Nie, że jedna sfera życia się posypała, tylko kilka.
Zaczęło się od związku. Nie dało rady, on ciągle o tym samym, ja też. Niepotrzebne emocje i ufanie bardziej domysłom, niż sobie wzajemnie. Spieprzyliśmy to oboje, bo nie zbudowaliśmy zaufania, a to fundament. Z zerwaniem zazębił się powrót Pana X. Nie wiem, czy to był jakiś cholerny znak, czy przeznaczenie istnieje, i musiało się zepsuć. Kiedy X. wrócił, byłam jeszcze w związku. Jedyne co wtedy do niego czułam, to złość i żal. Chciałam wyjaśnić parę spraw, chciałam dostać odpowiedzi na pytania, które mnie od kilku lat zżerały. Napisałam i czekałam na odpowiedź. W międzyczasie rozstanie. X. odpisał. Porozmawialiśmy, wyjaśnił mi parę rzeczy. Miał znów zniknąć na kilka tygodni. Napisał następnego dnia, a potem niespodziewanie zadzwonił. I po tych przeklętych czterech godzinach, żal i złość ustąpiły miejsca wszystkiemu temu, co czułam trzy lata wstecz. Te uczucia ciągle we mnie były, uśpione. Jego głos, sposób wypowiedzi i to cholerne altruistyczne podejście znów zalęgły mi się w sercu.
Mam do niego ogromną słabość, stanowczo zbyt wielką jak na kilka tygodni znajomości, kilka lat rozłąki i kilka bolesnych kłamstw. Niby trochę wyjaśnił, naprostował, ale czy w to wierzę? Nie. Nie wiem. Podchodzę do tego sceptycznie, mam świadomość, że najprawdopodobniej ładnie dobiera słowa. Jest wyrachowany. Typowy kobieciarz, o którym rozpisują się romanse, w którym zakochują się kobiety, mimo świadomości, że nie będą nigdy jedyne. Zawsze mnie to bawiło, teraz poznałam co to znaczy. Naiwna idiotka. Gdzieś tam w głębi chyba się łudzę, że się dla mnie zmieni. A jednocześnie wiem, jakie to głupie. Mam taką tezę, że każdy z nas ma coś lub kogoś, co spowoduje u niego obsesyjne myśl i chęć posiadania tego obok. Jedni odkrywają to wcześniej, inni później, a inni wcale, ale coś, co ma potencjał uruchomienia obsesji zawsze istnieje. Dla mnie jest to X. Martwię się, że nigdy nikt nie zadziała na mnie w ten sposób. Że zawsze to on będzie moim głęboko skrywanym pragnieniem. Wniosek z tego taki, że dopóki tak będzie, nie powinnam się wiązać. Uciekanie z emocji w emocje nie jest rozwiązaniem. Od kilku dni próbuję usiąść do tego wpisu. Poukładać sobie wszystko w głowie. Ale wiem, że to tak zagmatwane, że ciągle odkładam na później.
Poszłam na terapię, żeby poukładać swoje dzikie emocje. Wydawało mi się, że jestem na dobrej drodze… Czy on jest ponad tym wszystkim? Ponad tym, czego od zawsze potrzebowałam i do czego dążyłam? Czego ja w ogóle chcę od życia, od niego? Wydaje mi się, że mogę mieć albo jego, albo siebie. Choć, nie, siebie też, ale inną, niż tę bez niego. Popierzone to, bo przy tym człowieku przewartościowuję wszystko. I wiem, że stoję przed cholernie trudnym wyborem. Albo pójdę w stronę tego, czego potrzeba uczuciom, albo rozumowi. Nie ma tu miejsca na kompromis. I teraz tak: uczuciowo nie potrzebuję niczego poza związkiem, drugą osobą, z którą mogę dzielić się wszystkim, z którą mogę się zamknąć we dwójkę i spędzać czas sami, bez osób trzecich. Czuję wtedy spokój i błogość…ale czy to mi wystarczy? Nie, bo rozumowo ciągnie mnie do nauki zaufania, do poznawania świata, ludzi, do zbierania doświadczeń, rozwoju, nie muszę i nie chcę się wiązać, kiedy mam rozumowe dni. I one od pewnego czasu przeważają, co bardzo mnie cieszy.

Ale on wszystko rujnuje. Zaczęło się trzy lata temu, kiedy mnie sobie owinął wokół palca swoim urokiem i tym, że dla świata był taki zamknięty, a dla mnie otworzył serce. Ciekawe ile było takich jak ja. Takich, które wierzyły, że są jedyne, które nabrały się na jego urok, oddały mu całą siebie, zapominając o swoich potrzebach, albo w ogóle je dla niego zmieniając. Rozmowa sprzed chwili uświadomiła mi dopiero jedną rzecz – że taki model chęci ratowania kogoś za wszelką cenę jest dość popularny. A wszystkie te jego kochanki pewnie najpierw też były jedyne i najważniejsze. Też ludziły się, że go naprawią, a kN, świadomie albo i nie, używał swojego uroku do uwodzenia. Mówił mi, że niby z kochankami się nie spoufala, że od razu zaznacza, że nie chce nic więcej, tak jak i mi po tych trzech latach. I wtedy może tak było, nie wiem, tego nie zweryfikuję. Wiem, że teraz się to zmieniło. Mi też zaznaczył, że nie chce się wiązać. I z jednej strony kamień z serca, bo to nie jest osoba dla mnie, a z drugiej… Gdybym wtedy miała więcej cierpliwości, może naprawdę by nam wyszło? Nie wiem, ale denerwuje mnie moja naiwność. Te cholerne emocjonalne potrzeby, które on jakimś cudem wypełnia, mimo że nie jest tylko mój, nie jest w ogóle mój. Mimo, że kłamie i mówi mi tylko to co chce – nie mogę przecież oczekiwać więcej, nie budujemy żadnej relacji. Sama w to weszłam, na własne życzenie. W imię czego? Dawki tajemniczości i endorfin? Naprawdę mogłabym żyć w ten sposób, mając go dla siebie kilka godzin dziennie, raz na kilka tygodni? Nie wiedząc co i z kim robi, mając świadomość, że niczego mi nie obiecywał? A może czekam z nadzieją, że coś się między nami pojawi, że jednak (cholera, jak w romansie…) zmieni się dla mnie? Kurwa! Ile jeszcze kobiet, które uwiódł, ludzi się w ten sam sposób? Ile z nas uważa się za wyjątkowe, podczas gdy zostałyśmy po prostu zmanipulowane? Powiedziałam mu, że ciężko mi wyrzucić z głowy te jego kobiety. Zaśmiał się ciepło mówiąc, że na początku każda miała takie obawy… To było jak liść. Niby mogłam się spodziewać, ale… Nie chciałam. Co teraz, powinnam zrezygnować? A jeśli emocje do końca życia będą za nim szaleć, co wtedy? Wiem już, że sobie radzi. Że nie jest tak jak myślałam trzy lata temu, skrzywdzonym chłopcem, któremu trzeba pomóc. Jest przebiegły i wie jak dostać to, czego chce. Wiem, że jestem teraz zła i jutro pewnie, kiedy emocje zejdą, spojrzę na niego bardziej poblazliwie. Męczy mnie i dobija ta niewiedza, to, że go nie ma i że w ogóle jest…

Bo o co w życiu chodzi, do czego człowiek dąży? Do spokoju, zaspokojenia potrzeb. I w które mam iść, emocjonalne czy rozumowe? Czy naprawdę potrzeba tajemniczości i ciągłe gonienie tego syreniego ogona na dłuższą metę skończy się dobrze? Czy tak ma wyglądać moje życie? Czy to daje mi coś dobrego, napędza do działania? Tak, nawet tak, oczekiwanie mnie trochę uskrzydla. Ale jak długo jeszcze? Kiedy zrozumiem, że czekanie na kogoś takiego mija się z celem? Czy kiedykolwiek mnie to zmęczy? Plus jest taki, że nie jestem o niego zazdrosna, bo nie jest mój. I może powinno tak zostać. A ja będę żyć tą nadzieją, nie wiążąc się z nikim i rozwijając się, w oczekiwaniu na jego decyzję…? Utopia. Dlaczego miałoby być tak stabilnie, hah. To tylko kwestia czasu, aż coś błahego zacznie mnie cholernie mocno gryźć. Tyle że wtedy może być za późno, żeby się wyplątać. Kłamstwa, seks przygodny, zatajanie. Nikomu na to nie pozwalam, zawsze działa to odstraszająco. Chyba że to on…. Naprawdę, trochę wyrzutów sumienia i życie obrazem kogoś kto był wykreowany wystarczy, żeby to zagluszyc? Czy naprawdę wierzę, że on był wtedy tylko mój i że teraz możemy do tego wrócić…? Jestem zmęczona…